Bordeaux

wiedza_bigpics16

Znów to samo. Znów trzeba było katować usta tanicznymi, jeszcze w większości eklektycznymi szkrabami, które kiedyś, za niedługo, staną się pełnoprawnymi winami różnych klasyfikacji cru classe z Bordeaux. Cóż począć – to pierwsza i jedyna taka okazja, by poznać formę i charakter rocznika, ocenić jego potencjał nie tylko pod kątem barwy, lecz od niedawna w Polsce także inwestycyjnym. Tak tak. Mamy już w Polsce możliwość lokowania kapitału w wino, którą od dekad w krajach zachodniej cywilizacji wykorzystują inwestorzy. W podróż wybrałem się w zacnym gronie młodych sommelierów, a także moim guru nie tylko w sprawach Bordeaux, czyli Piotrem Kameckim, zarządzającym portfelami wina w Wine Advisors i Ipopema.

Rocznik 2012 nie należał do najłatwiejszych dla winiarzy. Sporo wiosennych i letnich opadów, piękna druga część lata i początek jesieni, a po nim nagłe załamanie aury i znów mnóstwo opadów. Ci winiarze, którzy zbyt długo zwlekali ze zbiorami, zwłaszcza Cabernet Sauvignon, mieli trudne zadanie. Przez to też wzięła się obiegowa opinia, że jest to świetny rok dla wcześniej dojrzewającego Merlot, za to wymagający dla pozostałych odmian. Widać to było jak na dłoni, szczególnie w apelacjach kojarzonych z Cabernet, które w niektórych przypadkach w tym roczniku zastosowały najwyższą, a w licznych przypadkach przeważającą ilość Merlot w historii. A jak było w rzeczywistości? Jak się do tej opinii odniosły same wina? Oj! Bywało z tym różnie, zwłaszcza w najlepszych chateaux, które wyszły z opresji, jak niemal zawsze, obronną ręką. Sporo win zdominowanych przez Merlot, pamiętając o ich atrakcyjności i łatwo zyskującym sympatię smaku i fakturze, było jednak nieco ociężałych, mało energicznych. A w drugą stronę – te chateaux, które zebrały Cabernet przed opadami, zaproponowały wina smakowite i zmysłowe, choć jeszcze nieco oczywiście harde. Jednak ich przyszłość, razem z rozsądnymi już pojawiającymi się cenami, wróży i im, i ich nabywcom bardzo obiecująco.

A jakie i gdzie zbieraliśmy wrażenia? Już piszę w szerszym skrócie. Dzień pierwszy, nie licząc wyśmienitej kolacji w bistro Gabriel w samym środku Bordeaux, w licznym i doborowym towarzystwie, dzięki nieocenionej uprzejmości Air France poszedł na straty. Za to lotnisko de Gaule’a, już wcześniej doskonale mi znane, dziś nie kryje przede mną już absolutnie żadnych tajemnic. Podróż z Warszawy do Bordeaux tymi zacnymi liniami o bajkowym cateringu i legendarnej punktualności, a także dzięki zwyczajowym strajkom jej pracowników, potrafi trwać…12 godzin. Dokładnie tyle, ile zajmuje lot ze Star Alliance z Wiednia do Tokio, łącznie z boardingiem i odbiorem bagażu. Sprawdzone. Nigdy więcej, a przynajmniej jak najmniej AF!

Za to kolejne dni wynagrodziły początkowe trudności nie z nawiązką, lecz z całym wiechciem nawiązek. Po kolei odwiedziliśmy kolekcję wspaniałych posiadłości – Chateau Rauzan-Segla, Chateau Margaux, Chateau Montrose, Chateau Ducru-Beaucaillou, Chateau Calon-Segur, Chateau Belgrave,  Chateau l’Evangile, Chateau Pavie, Chateau La Mission Haut-Brion i Domaine de Chevallier. W ich piwnicach mieliśmy okazję próbować win samych posiadłości podczas indywidualnych, zacisznych degustacji, a także uczestniczyliśmy w tastingach ofert negocjantów i gminnych poszczególnych apelacji, organizowanych przez Union de Grand Cru Classes. Z tych prób, w wielkim uogólnieniu i wyłączając najbardziej prestiżowe chateaux, włącznie z wymienionymi wcześniej, pozostały takie oto wrażenia: Margaux – huśtawka stylistyczna i jakościowa, Saint Estephe – bardzo równo i porządnie, Saint Julien – zwycięska gmina, Pauillac – bywało lepiej, Saint Emilion – ciężko, ale równo i dobrze, Pomerol – bardzo ładny rocznik, poza kilkoma wpadkami, Graves – najdziwniejsze, jakie pamiętam (dużo Merlot), ale równiutkie i w miarę pewne. Za to białe wina, od Chateau Margaux Pavillon Blanc, po Graves i okolice – w znakomitej większości rewelacja! Sauternes i okoliczne słodkie – albo nie będzie produkcji, albo nie będzie cudów…

W mojej pamięci, oprócz twarzy poznanych wspaniałych, nie raz legendarnych winiarzy i kolorowych slajdów z odwiedzanych miejsc, pierwsze dwa miejsca w tej chwili zajmują dwa wydarzenia. Galowa kolacja Unii, podczas której miałem okazję kosztować cudeniek, o których na co dzień marzę: Chateau Pichon-Longueville Comtesse de Lalande 2000, Chateau Rauzan-Segla 1995, Chateau Haut-Brion 1979 Magnum, Cjateau Bucru-Beaucaillou 1964 Magnum, Chateau Cos-Labory 1953 Magnum i wreszcie słodkiego Chateau Climens 1949, które zdaje się być wieczne. W cieniu pozostają Domaine de Chevallier Blanc i Rouge 2002, 1992 i 1982 i Chateau d’Yquem 1996. To są właśnie te wina, które razem stanowią część „Śiętego Graala” lubieżników wina. Krótka rozmowa, wymiana opinii i wspólne zdjęcie z Michellem Rollandem, najsłynniejszym wine-makerem na świecie,  w ogrodzie Chateau Belgrave, to już prawdziwa wisienka na torcie.

Każda wydana złotówka i każda minuta z Air France były mniej niż warte wspomnień i emocji, do których i Was namawiam i życzę Wam z całego serducha.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>